Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Chorwacja - piękna i droga jak co roku + kilka praktycznych rad dla organizujących swoje pierwsze rejsy po Adriatyku - 13.05 - 20.05.2017 r. 24 Maj 2017

Tak się przez ostatnie lata dzieje, że jeden z majowych tygodni spędzam na Chorwacji. Lubię pływać tam w maju z wielu powodów.

Po pierwsze ceny jachtów są niższe i ich dostępność jest większa. Wszak to jeszcze przed wysokim sezonem. Jest więc z czego wybierać, a czarterujący zabiegają o swoich klientów. Ja zdecydowanie preferuje Oceanis'a, ale tym razem trafiła mi się Bavaria 51. Jacht nowy, niezniszczony, nieźle wyposażony. Nawet w AIS'a, co na wodach chorwackich jest raczej rzadkością. Do tego pakiet super all inclusive - który obok silnika do pontonu, sprzątania, itp. gwarantował internet bez limitu, genakera, brak kaucji oraz „bezodbiorowy” odbiór jachtu - czyli oddaj nam kluczyki - a o resztę się nie martw. Nigdy nie straciłem tam jeszcze kaucji na rzecz polujących na nią, ale to dodatkowy pełny komfort.

Po drugie w maju nie ma jeszcze tylu podróżujących jachtów, co wymiernie przekłada się na miejsce w marinach, restauracjach oraz miejscach turystycznych. To pozwala swobodniej i dłużej pływać nie martwiąc się, że jeśli koło południa nie wrócę do mariny - to mogę nie mieć już miejsc. Do kilku moich ulubionych zatoczek również był swobodniejszy dostęp, a wszędzie było spokojniej, ciszej, fajniej.

Po trzecie - kwestia pogody. Wprawdzie jest jeszcze za zimno na dłuższe, przyjemne kąpiele w wodzie - ale za to słońce nie zabijało nas swoim żarem, a i wiatru było trochę. Fakt - że zawsze do tej pory przynajmniej jeden dzień było sztormowy, burzowy - tym razem pojawił się od dopiero w sobotę - po zdaniu jachtu. Ale wiatru przez cały czas trochę było, taki klimat zdecydowanie preferuję.

No i po czwarte - ceny są mimo wszystko trochę niższe. Co dla pobytu w bardzo drogiej Chorwacji ma znaczenie. Trochę tańsze mariny, knajpki, itp. Bo wielkim minusem w Chorwacji jest właśnie poziom cen, dla mnie absurdalnie wysoki. Zostawianie ponad 100 euro za noc w marinie, 30-40 euro za jakiś obiad musi boleć. Ponieważ znam kilka fajnych miejsc omijanych przez zdecydowaną większość jachtów - potrafię to w dużej mierze zminimalizować - ale i tak wszystkiego się nie da.

Co by jednak nie zrobić – Chorwacja pozostaje chyba najdroższym akwenem w Europie patrząc od strony infrastruktury oraz pozostałych cen. Nawet pływanie po Norwegii potrafi być dużo tańsze – przy odpowiedniej organizacji.

Mając już to wszystko za sobą – pozostaje wsiąść na jacht i cieszyć się piękną żeglugą.

Na pokładzie świetna ekipa znajomych, bardzo fajnych ludzi, z których każdy wyrwany na chwilę z wiru pracy, obowiązków każdą chwilę stara się maksymalnie wykorzystać. O atmosferę nie obawiam się wcale, samo wzajemne przebywanie jest wartością, nie wspominając o gitarach i życiu nocno-pokładowym.  Co można jednak zaproponować osobom nie mającym zbyt dużo doświadczenia na ich pierwszy rejs? Ja najczęściej jako bazę wybieram okolice Trogiru lub Splitu. Tym razem udało się wystartować z samej starówki Trogiru, a nie z jakiegoś tam Segetu Dolnijego ;-) To zapewnia wrażenia już na początek. Tym bardziej jak trafi się na przedwyborczy festyn kandydata na burmistrza miasta, gdzie obok darmowego piwa, grilla oraz fajnej muzyki można z nim zrobić sobie zdjęcie i przybić piątkę. Oraz krótką wycieczką zwiedzić większość atrakcji. Jednakże trogirski gwar na dłuższą chwilę jest nie do wytrzymania. Tak więc poranek niedzielny to szybka ucieczka w stronę Visu, do pierwszego pięknego i klimatycznego miasteczka – Komiża.

Pogoda nam dopisuje, no może mogłoby być trochę więcej wiatru, ale za to jest ciepło i słonecznie. Kiedy pod wieczór wchodzimy do portu słońce pięknie kładzie się nad miasteczkiem. Stajemy pomiędzy innymi jachtami, jeszcze jest kilka wolnych miejsc. Pierwszy dzień na morzu zaliczony, dlatego jak prawdziwi żeglarze ruszamy w poszukiwaniu tawerny, mimo, że jest jeszcze przed sezonem znajdujemy kilka opcji, w tym nowo otwartą – której nie widziałem w zeszłym roku. Jak widać – turystyka kwitnie.

Następny dzień to wizyta w Błękitnej Grocie na Bisevie. Tu kolejna zmiana, jeszcze niedawno można było podpłynąć jachtem i na pontonie zwiedzać grotę na własną rękę. Tym razem zamontowano kilka nowych boi przy których należy zaparkować jacht, z którego bezpośrednio łodzią motorową zabierane są załogi na zwiedzanie. Ponieważ nie mam zwyczaju opuszczać jachtu stojącego na boi lub kotwicy – kolejny już raz nie ląduje w środku. Ale widząc przy powrocie zadowolone miny – wiem, że było warto. A przed nami oceniana przeze mnie jako większa atrakcja zatoka Stiniva, położona na południowym wybrzeżu Visu – dostępna tylko od strony wody. Udajemy się więc tam czekając na kolejne wrażenia. Na miejscu jest już jak zwykle kilka jachtów, ale miejsca na stanięcie na kotwicy jest wystarczająco. Ponton i desant na cudownej plaży pomiędzy wrotami utworzonymi przez malownicze skały. 3 godziny zabawy, odpoczynku, zachwycania się pięknem. Trochę może zepsute przez grubych Niemców, którzy postanowili nago zażywać miejscowych atrakcji.

Kolejne 35 Nm do Vela Luka pokonujemy do wieczora. Cały czas wypatruję czy nie pojawią się delfiny. Obiecałem to swojej załodze stawiając w przypadku niepowodzenia rum. Niestety – tym razem – do końca tygodnia nie pojawiły się w zasięgu mojego wzroku. Cóż, zakład tylko pozornie przegrany, rum zawsze smakuje.

Vela Luka – czyli porcik na zachodniej części Korculi nie oferował już miejsc z muringami. Pozostała nam boja, która i tak kosztowała sporo. Dodatkowo skończył się nam gaz, a butla na wymianę okazała się niedopasowana. Bez prądu i gazu – ale wyśmienitych nastrojach poszliśmy spać. Chorwacja dla moich znajomych każdego dnia okazywała się piękniejsza i to był powód do prawdziwego zadowolenia. Rano – potrzeba kawy – stała się matką wynalazków. Połączona ekipa inżynierów, projektantów wymyśliła pośrednie rozwiązanie, które pozwoliło na spełnienie porannych marzeń o ciepłym kubku aromatycznego napoju.

Chwile po tym bylismy już na morzu. Śniadanie postanowiliśmy zjeść w zatoczce Brna, a nasza droga tego dnia prowadziła na przepiękną wyspę Mljet, do miejscowości Pomena. Uwielbiam to miejsce, bardzo urokliwe, gdzie jachty parkuje się na muringach należących do kilku restauracyjek. Parking i prąd są za darmo, w zamian za obiad lub kolację zamówioną na miejscu. Woda jest jak zwykle niedostępna – wyspa ma z nią olbrzymi problem. Znowu nie jest najtaniej, ale bardzo smacznie i klimatycznie. Spacerem udajemy się do przepięknych słonych jezior położonych w głąb wyspy. Tam, przy pomocy miejscowego stateczku (na chwilę zostaję jej kapitanem, przejmując stery od sympatycznego Chorwata) udajemy się na wyspę na której znajduje się XII-wieczna benedyktyńska bazylika pod wezwaniem św. Marii. Resztki zachodzącego słońca nadają całości niesamowitego kolorytu, wokół spacerujące osły i tylko my sami. Kolejne zauroczenia wszystkich osób, z których nikt nie był tu wcześniej. Mljet jest dla mnie najpiękniejszą chorwacką wyspą, inną od wszystkich.

Ponieważ czas biegnie nieubłaganie następne dni to już powolny powrót do Trogiru, z wieloma atrakcjami po drodze. Pierwsza z nich to Korcula, na której zatrzymujemy się na 3-4 południowe godziny. Zaczyna mocniej wiać, nasz jacht jest duży, a marina ciasna. Ze względu na 2 płetwy sterowe Bavaria 51 nie jest zbyt prosta w manewrowaniu. Duża wolna burta sprawia, że dziób bardzo łatwo jest zabierany przez wiatr. I tak z atrakcjami zaparkowaliśmy w wąskiej marinie, cóż i dla kapitana delikatna porcja adrenaliny jest czymś ekscytującym. Jednak, ze względu na długość naszego jachtu, zajmujemy ponad połowę szerokości wąskiego kanału. Dwóm następnym jachtom się to już tak prosto nie udaje, jeden z nich manewrując zniszczył koszt rufowy o kotwice stojącej jednostki. Dla bezpieczeństwa pozostaję więc cały czas na pokładzie, ale reszta ekipy podziwia piękno kolejnej chorwackiej perły architektury. Kiedy ruszyliśmy dalej do przebycia pozostało nam 30 Nm – do następnego mojego miejsca, małego rybackiego portu Zavala w południowej części Hvaru. Fajna bajdewindowa 4-5 pozwala nam wprowadzić jacht w niezłe przechyły, załoga jest zachwycona. Nikt nie choruje, a wszyscy odkrywają potęgę żagli. Halsujemy się wykonując co chwilę zwroty i staramy się ustanowić rekord szybkości – jest ponad 9 kt. Czas nas nie pogania, można się więc rozkoszować aż do samej Zavali. To takie moje sekretne miejsce, mało znane komukolwiek. Maleńki rybacki porcik, bez prądu i wody,  z betonowym pirsem na ewentualnie jeden jacht, pośród kilkunastu rybackich łodzi. W tym okresie bez turystów, ale za to miejscowa tawerna oraz kilkanaście przepięknych dzikich plaż, na których skały schodzą bezpośrednio do wody. Zamiar poczęstowania się tylko lokalnymi trunkami zmienił się, gdy właściciel zaprosił nas do kuchni prezentując świeżo złowioną dużą, białą rybę morską. Nie musiał nas długo namawiać, a po niecałej godzinie wylądowała już na naszym stole. Dawno nie jedliśmy tak pysznej ryby, warto było ją zamówić, rozpływała się w ustach. Tak posileni ruszyliśmy na nocny spacer po znajomych mi plażach, gdzie na jednej z nich zatrzymaliśmy się na dłużej podziwiając połączenie morza i skał z przepięknym, usłanym tysiącami jasnych gwiazd niebem nad naszymi głowami. Pojawiły się dyskusje, jak sprawić, żeby nie musieć dłużej już pracować i zamiast wracać do Polski zostać już tu na zawsze. Cóż, carpe diem …

Rankiem znów trzeba było ruszyć żegnając się z tym zacisznym miejscem, wszak przed nami dzisiaj Hvar, przepiękne miasto, które podziwiane od dołu z pokładu jachtu wpływającego w same jego centrum zyskuje niezliczonych walorów. Palmy, ciasne uliczki, przepiękna zabudowa oraz górujące nad tym wszystkim wieże i twierdze. Kto był – wie doskonale o czym pisze. Kilka godzin postoju przeznaczamy na powolną wspinaczkę do twierdzy, ciasnymi klimatycznymi uliczkami, z każdym krokiem zyskując coraz piękniejszą perspektywę portu, miasteczka oraz okolicznych wysp. Gdy już jesteśmy na samym szczycie urzeczeni przepięknym widokiem doszukujemy się gdzieś na dole naszego jachtu, który zamienia się w punkcik. Czerwone dachy domów, znajdujące się teraz pod nami wieże, koloryt morza, błękitne niebo oraz rozłożone w pełnej krasie pobliskie wyspy (św. Klement) - wszystko to tworzy niezapomniany, cudowny widok, który staramy się utrwalić licznymi zdjęciami. Wszystko w pełnym słońcu, którego na Hvarze – zwanym wyspą słońca (największa ilość dni słonecznych w Chorwacji) nigdy mi nie brakowało. Rozleniwieni niechętnie wracamy na dół, gdzie po uiszczeniu opłaty za ten krótkotrwały parking w marinie trafiamy na jacht. Przy poprzednich wizytach poczęstowani własnoręcznie robionym ciastem panowie obsługujący marinę nie naliczali opłat, tym razem to się nie udało.

Dziś pozostaje nam jeszcze do wykonania krótki przelot do Stari Grad, również na Hvarze. Czas na postawienie genakera. Jak zwykle zapytanie, który róg wystający z worka jest do czego. Fałowy jest oznaczony, ale pozostałe dwa to już loteria, czyli 50% na 50%. Po postawieniu oczywiście okazało się, że odwrotnie – więc przećwiczyliśmy zrzucanie i ponowne stawianie. Tak czy tak efekt nie był oszałamiający, pływałem na piękniejszych i większych żaglach, a na dodatek trochę wiatr zgasł. Nie przeszkodziło nam to jednak delikatnie szpanując zjeść na pokładzie obiad i powoli podróżować w stronę portu, do chwili kiedy nastał czas na zrzucenie żagli i wejście na silniku. Stari Grad – to kolejne przepiękne miasteczko, gdzie marina przyklejona jest do samego centrum starego miasta. Szybkie manewry portowe i już stoimy pośród innych jachtów. Nasi bezpośredni sąsiedzi stojąc na pirsie zachowywali się dość hałaśliwie opróżniając przy tym plastikową, kilkulitrową butlę wina. Jeszcze nie wiedzieli, że to jednak do nas będzie należała noc ;-)

Kolejny spacer po miasteczku i dość niespodziewanie wylądowaliśmy na pięterku zacisznej knajpki, gdzie zachęceni przez gospodarza spróbowaliśmy kolejnych owoców morza. Mi przypadły w udziale krewetki i przyznam, że dawno nie jadłem tak pysznego dania. Powoli zapadał zmrok, a wraz z nim rozpalały się liczne latarnie i światełka, które jeszcze spotęgowały miejscowy klimat. To musiało oznaczać nocne wędrówki po tym wspaniałym miejscu, postoje na licznych placach, aż do białego rana.

Ostatni dzień – piątek – postanowiliśmy wykorzystać na maxa, czyli do godziny 18, o której mieliśmy się zameldować w marinie celem zdania jachtu. Szybko opracowałem trasy i wyszło mi, że jeśli będziemy sprawnie płynąć to jest szansa na 3 godzinną wizytę w Splicie i zwiedzanie miasta. To także dobre rozwiązanie, żeby w mniejszym tłoku zatankować jacht przed oddanie, zamiast stać w dużej kolejce jachtów w Trogirze. Wszystko wyszło planowo, zatankowaliśmy jacht w porcie w Splicie i przystanęliśmy w marinie. Niestety – dojście do centrum jest trochę dookoła i zajmuje około 20 minut w jedną stronę. Dopiero po zorientowałem się, że został oddamy do użytku pirs przy samym centrum, gdzie na te klika godzin można przycumować jacht, ale będzie to już wskazówka na przyszłość. Split jak zwykle okazał się wypełniony turystami i aż trudno sobie wyobrazić to miejsce w wysokim sezonie. Dlatego – maj to jest dobry czas na podróże po Chorwacji. Co można zwiedzić w niecałe 2 h w Splicie? Tak naprawdę to tylko szybkie przemierzenie najważniejszych jego części, ale i tak można się zachwycić. Ciasne uliczki, liczne zabytki, kamieniczki, pałace. Tak tylko, żeby posmakować tego miasta i wyrobić w sobie chęć na powrót. Ale dla nas było to wystarczające, a czas nas tym razem mocno gonił. Pożegnaliśmy się więc sprawnie i ruszyliśmy w ostatnią trasę do Trogiru, na której walczyliśmy z minutami. Udało się – 15 minut przed czasem, więc aby uspokoić naszego armatora już z drogi potwierdzałem nasze punktualne przybycie. Rozumiem to, że zamówiony nurek nie będzie na nas czekał w wodzie ze sprawdzeniem jachtu.

Zdanie jachtu, szczególnie na Chorwacji, jest dość istotnym zakończeniem podróży. Chyba nikt nie chce zatrzeć wspaniałe przeżycia niesmakiem spowodowanym utratą kaucji. Ja tym razem miałem totalny luz (tak jak pisałem na wstępie ze względu na posiadany pakiet), ale i w innych sytuacjach nie przejmuje się tym specjalnie. Mam zawsze swoją metodę polegającą na sfilmowaniu przed wyruszeniem całego pokładu oraz przy użyciu kamery gopro na kiju podwodnej części kadłuba. Nigdy tego nie oglądam, wiem co w trakcie mojego rejsu działo się z jachtem, ale gdyby ktoś chciał mi sprzedać poprzednie zniszczenia zawsze mogę posłużyć się zapisem wideo. Tym razem odbiór przebieg bardzo sympatycznie i miał raczej na celu sprawdzenie co ewentualnie należy uzupełnić, naprawić przed jutrzejszym powierzeniem jachtu następnej ekipie.

Rejs dobiegał ku końcowi. Jeszcze wieczór i noc w Trogirze, poranne pożegnania i czas ruszać do Polski. Bardzo fajna ekipa, tak jaki i cały rejs. A do delfinów to mam duży żal, że nie raczyły się pojawić. I wiszą mi przez to butelkę dobrego rumu. Pewnie za rok go odbiorę ;-)

Facebook
Tweet
Google