Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies.

S-5 Lofoty w deszczu zostawiłem za sobą - 13.06 - 20.06.2017 r. 22 Czerwiec 2017

Etap S-5 miał być dla mnie, mojej załogi (w tym żony) najcudowniejszą eksploracją norweskich Lofotów oraz pięknych fiordów. Kończąc w słońcu poprzedni etap w Bodo wydawało się, że najpiękniejsze przed nami. Ale cóż, musiała wtedy zmienić się pogoda w totalnie deszczową i urok przyjemnego pływania pod żaglami został zastąpiony tygodniową walką z deszczem, wilgocią, chmurami – gdzieś wśród tej skumulowanej w różnych postaciach wilgoci podjęliśmy wysiłek odszukiwania tego co piękne. Czy się udało?

Musieliśmy uciec z Bodo. Bodo totalnie nas rozczarowało, miasto z lotniskiem, ale bez najmniejszego uroku. No może z wyjątkiem knajpy w której piwo kosztowało 100 kr, choć mnie akurat nie było na to stać i ze względu na kasę, i na brak czasu. Ale musieliśmy spędzić dobę w Bodo, bo tu mieliśmy wymianę 3 osób z załogi. Pożegnaliśmy więc Smoczycę ze Smokiem oraz mojego syna Dominika. W zamian na pokład przyjęliśmy Józka, Jarka oraz dla mnie przede wszystkim (bez ujmowania rangi pozostałym) moją żonę, w jej pierwszym morskim rejsie. A że ja nie lubię stać bezczynnie w porcie w chwilę po tym jak kalendarz przeskoczył z 13 na następny dzień ruszyliśmy w drogę.

Od Lofotów dzieliło nas zaledwie 50 Nm, więc wykorzystując sprzyjający wiatr zameldowaliśmy się w rejonie miejscowości Å tuż po 9 rano. Tym razem, ze względu na liczne chmury zaczynaliśmy rozróżniać pory dnia. Brakowało mi kompletnej informacji, gdzie można zaparkować jacht, a posiadana przeze mnie norweska locja nie dawała pełnej informacji. Weszliśmy naszym stalowym Sifu o zanurzeniu 2.5 m w rybacki porcik. Bardzo powoli, stale kontrolując głębokość oraz to co się dzieje przed i pod dziobem w labirynt skał i płycizn. Ale wystarczyło miejsca na tyle, aby uchwycić urok tego miasteczka, czerwonych domków na palach, licznych konstrukcji drewnianych ze stockfish’ami oraz wspaniałych, wysokich gór otulonych całą gamą chmur. Kilkadziesiąt zdjęć i należało się wycofać do pobliskiego miejsca Sorwågen, gdzie pomimo zapełnionego jachtami niewielkiego pomostu przycupnęliśmy w pobliżu do dwóch rybackich kutrów. Miły Norweg pozwolił nam na kilkugodzinny postój w prywatnej części portu. Tyle czasu wystarczyło nam na spacer do Å, generalnie, aby zrobić sobie obowiązkowe zdjęcie z tablicą miejscowości o najkrótszej na świecie nazwie. No i żeby przekonać się, że absolutnie nie należy kupować suszone tutaj ryby. Ach, piękne powitanie z Lofotami.

Naszym celem na dzisiejszy dzień było Reine. I nawet standardowo nieprzyjemni francuscy żeglarze nie byli w stanie zepsuć nam radości z wpłynięcia w to miejsce. I choć cumując do kolejnego rybackiego nabrzeża zostaliśmy odcięci od świata nie powstrzymało to naszej ekipy wysokogórskiej od nocnej wspinaczki na szczyt Reinebringen. Z ich opowieści trasa była bardzo trudna i momentami niebezpieczna ze względu na rozmokły przez ciągle padający deszcz teren. Ale dotarli na szczyt, a my rankiem mogliśmy podziwiać świeże zdjęcia. Wyobraźnia widząc piękne panoramy rysowała te same widoki przy słonecznej pogodzie. A że wyobraźnia jest nieograniczona postanowiłem wrócić tu w niedalekiej przyszłości, aby skonfrontować ją z rzeczywistością. A ci co zostali na jachcie pełnili dyżury pływowy, ponieważ duży skok pomiędzy niską a wysoką wodą wymagał przynajmniej cogodzinnego przewiązywania cum.

Jeśli chodzi o prądy i pływy musiałem je uwzględniać każdego dnia. I to nie tylko ze względu na częstą konieczność stawania przy nabrzeżach. Posiadane przez nas elektroniczne mapy zawierały wiele nieścisłości i wymagały także korekt. Większość miejsc do których przybijaliśmy nie posiadała informacji o tym co nas czeka, należało zachować szczególną uwagę. Do tego dochodziły liczne silne prądy, które musieliśmy uwzględniać oraz mosty o niewielkich prześwitach. Tak więc atlas prądów i pływów był w ciągłym użyciu.

Powoli zapominaliśmy wszyscy o słonecznej pogodzie z poprzedniego tygodnia. Przywykaliśmy do deszczu oraz do tego, że nie ma wiatru. Ponieważ plan był napięty i chcieliśmy odwiedzać kolejne miejsca w ruch poszedł silnik Sifu, a my staliśmy się mieszkańcami motorowej łódki, która wprawdzie nie mogła się w żaden sposób równać z prędkościami pływających we wszystkich kierunkach promów, kutrów, holowników oraz motorówek – ale spokojnie mila po mili przemierzaliśmy zaplanowane trasy, zatrzymując się co jakiś czas na połów dorszy. Od znajomych dowiedziałem się przed rejsem, że największym przysmakiem jest zębacz pasiasty, który urósł wśród nas do legendy, tym bardziej, że nasz Józek, pomimo węgierskiego akcentu powtarzał co chwila "zebacz pasiasty". On jednak nie pozwolił się nam złapać w żadnej z licznych prób, ale całe stado dorszy – owszem. I trzeba przyznać, że jest tu raj dla wędkarzy, którzy specjalnie przyjeżdżają w to miejsce na połowy. Szybko nabyliśmy doświadczenia, gdzie należy przystanąć, aby połów był obfity. I w ten oto sposób dorsz stał się naszym głównym obiadowym daniem. W różnych wersjach, ale zawsze świeży.

Z Reine nasza trasa prowadziła na północny-wschód przez kolejne lofockie miejsca. Musieliśmy coś powybierać, bo zbyt dużo było do zobaczenia jak na nasze możliwości. Tak więc przede wszystkim Henningsvær, zwane przez nas w skrócie Hu. To przepiękne miejsce, które pozwoliło nam przepłynąć przez swój środek i zaparkować w centrum. Urokliwy kanał portowy z położoną wzdłuż niego zabudową, namiastka włoskiej Wenecji. Po krótkim postoju na noclegu udaliśmy się do Svolvær, z nadzieją, że ze względu na wielkość znajdziemy toalety i prysznice. Tym razem się udało, a przywitał nas mały czerwony domek z dwoma łazienkami oraz prysznicem. W ten oto sposób zostały spełnione nasze marzenia, a człowiek przypomniał sobie jak często niewiele mu do szczęścia potrzeba. A dopełnieniem została wizyta w sklepie, który pozwolił nam wyposażyć się na dalszą drogę.

O Trollfjorden wiedziałem niewiele, kilka zdjęć z dużymi promami w środku nie było do końca zachęcające, ale jakiś szósty zmysł kazał mi poprowadzić tam jacht następnego dnia, a gdybym go nie posłuchał stracilibyśmy największą atrakcje tego etapu. Bo tam rzeczywiście przekraczając wąskie, ale wysokie kamienne wrota wpłynęliśmy w nowy, cudowny świat. I całe szczęście na końcu krótkiego fiordu znalazł się pusty pomost, czym byliśmy zaskoczeni, który pozwolił spędzić nam w tym miejscu kilkanaście godzin. I odbyć jedną z najbardziej niesamowitych wędrówek w góry, którą pośród licznych strumieni i wodospadów, po zalegających wszędzie stromych partiach śniegu, głazach, zalewiskach odbyliśmy w gumiakach. Ciągle w górę, z dużym zmęczeniem po wspaniałe widoki ścielących się u stóp fiordów, poniższych partii górskich spowitych śniegiem i w stronę szczytów, które wciąż przed nami. Bez lin, raków, czekanów i odpowiednich butów, na pewno z dużą dozą szaleństwa i być może małą nierozwagi, płacąc później ceną przeziębienia, ale wszystko po to, aby zobaczyć to co widzieliśmy. Jeżeli ktoś zapyta nas o jedno miejsce z całego naszego piątego etapu, które musi koniecznie zobaczyć, bez wątpienia każdy z nas wskaże Trollfjorden.

Zatem akcentem z najwyższej półki pożegnaliśmy Lofoty i na naszym dzielnym Sifu pognaliśmy dalej w stronę Tromso. Jacht każdego dnia stawał się dla nas naszym domem. I każdy z nas przyzwyczajał się do swojej jego części. Najbardziej w adaptacji posunęła się wachta druga, która zadomowiła się na rufie. Co tam się działo nawet ja nie wiem do końca, w każdym bądź razie urastające już do mitów historie sprawiały, że tylko odważni i na krótką chwilę zapuszczali się z rzadka w owiane złą sława miejsce. Większość wnętrza stanowiły jednak części wspólne w których dość szybko nauczyliśmy się żyć. Bycie w tak zamkniętej przestrzeni przez okres np. 2 tygodni ósemki osób w różnym wieku, z różnymi charakterami, przyzwyczajeniami jest niewątpliwie wyzwaniem. Nie mieliśmy do dyspozycji specjalnych wygód, no może poza kozą, która dwa razy pozwoliła nam wygrzać po nocnych wędrówkach kości i osuszyć przemoczone rzeczy. Ale było wszystko co do życia jest potrzebne, a co może zagwarantować wyprawowy jacht. Znalazły się również kostki, które zapełniły grą jeden wieczór. Życie na jachcie płynęło wachtami, kambuz, nawigacyjna, spanie, port, wędrówka, jedzenie. I rozmowy.  Nie pamiętam ani jednego spięcia, nieprzyjemnej sytuacji, wszyscy dla wszystkich starali się być uprzejmi i pomocni. I nawet moje zapiski na blogu czytane były z uśmiechem, a po jakimś czasie pojawiało się pytanie: kiedy następna cześć? ;-) No cóż, znowu rufa postanowiła sobie zyskać prymat w wychwalaniu kapitana, ale to już taki urok tych ancymonków.

Zagłębiając się w kolejny fiord zmierzaliśmy już bezpośrednio w stronę końca wyprawy. Deszcz nie pozwalał nam nic specjalnie podziwiać, mijaliśmy kolejne miejscowości, wysepki, mosty. Gdy minęliśmy kolejne 50 Nm przestrzeń się otwarła i znaleźliśmy się już w pobliżu miasta Harstad. I wtedy na krótką chwile pojawiły się orki. Pamiętając widzianą przeze mnie ilość wielorybów u wybrzeży Grenlandii liczyłem, że wszystkim nam dane będzie zobaczyć dużo częściej i liczne stada dużych ryb. Niestety dana nam była, i to tylko niektórym z nas, mała namiastka. A szkoda, bo byłoby to niesamowitą atrakcją dla wszystkich, a zdjęcia wzmocniły by każdą opowieść po powrocie. Ale niestety, nie tym razem.

Harstad okazał się wielkim rozczarowaniem, więc pozostanie nam w pamięci jako port bez zaplecza, w którym musieliśmy odbyć postój techniczny, a po nim bez większego żalu wypłynąć dalej. Choć tyle z niego pożytku, że miał prostą do zapamiętania nazwę. Ale czy może być to zaletą przesądzająca o jego wartości? Chyba nie, znam wiele prostszych nazw portów, ot choćby Hel, który ma swoją Cebulę i słynnego Morgana.

Dużo bardziej w pamięci pozostanie nasza kolejna malownicza marina, tuż za mostem w miejscowości Finnsnes. Bo poza tym, że było dużo ładniej i kameralniej - to zostaliśmy bardzo miło i gościnnie przywitani. Został nam wskazany pomost dla gości, przy którym znajdowała zarówno stacja z ropą, jaki i upragniona po raz kolejny toaleta, prysznic oraz pomieszczenie z pralką i suszarką, która przytrafiła się mi w idealnym momencie. Bo to był już odpowiedni czas, aby wszystkie możliwe moje rzeczy przeprać, wysuszyć i przygotować do zostawienia na jachcie na arktyczne etapy. W ten sposób zyskać miejsce w bagażu na konieczne do wzięcia na Spitsbergen rzeczy. Miejsce to jak zaznaczyłem chwilę wcześniej miało swój urok ze względu na gospodarzy, którzy objęli je swoją troskliwa pieczą. A więc po pierwsze wykazali duże zainteresowanie naszymi zamiarami. Wygląd Sifu odbiegał od typowych jachtów w sąsiedztwie i jasnym było, że inne jest jego przeznaczenie. Dlatego z przyjemnością opowiedzieliśmy o naszej wyprawie, starcie w Gdańsku, dotychczasowych etapach i o tym co przed nami. Zyskaliśmy potrzebną nam pomoc, zatankowaliśmy jacht, uzupełniliśmy zbiorniki wody oraz akumulatory w prąd. Oraz otrzymaliśmy informację, że gdyby nie deszcz i chmury moglibyśmy podziwiać wspaniały wschód słońca.

Pomimo, że słońce wstało w sposób trudny do zauważenia to my wstaliśmy sprawnie. Ostatnie 40 Nm dzielących nas od Tromso wymagało zgrania w czasie z silnymi prądami występującymi na naszej trasie. Ich siła w zależności od rodzaju pływu wynosi nawet od 3 do 6 węzłów. Z naturą nie należy się kłócić, ale trzeba wykorzystać jej siły dla swojego użytku. Dlatego postój na połów ryb tym razem okazał się krótszy. Połączone siły wędkarzy w godzinę zapełniły dorszami kokpit w ilości zapewniającej nam, załodze następnego etapu oraz sąsiedniego jachtu wyborny posiłek. A kilka godzin później, kiedy wyszliśmy z kolejnego fiordu, ukazał się nam cel naszej podróży: Tromso.

Położone na wyspie, z olbrzymim mostem, panoramą strzelistych, pokrytych śniegiem gór oraz narciarską skocznią. Zaplanowana na koniec rejsu i wymianę załóg marina w samym centrum maila dużo wolnych miejsc. Jeśli czytaliście uważnie moje wcześniejsze opisy to wiecie sami czego nie miała ;-) Ale umyci czy nie - właśnie kończyliśmy swój rejs. Ostatni na północ wzdłuż norweskiego wybrzeża. Bo z Tromso Sifu obierze już kurs przez morze do odległego, ale jednak coraz bliższego Spitsbergenu. My swoje zrobiliśmy, bezpiecznie i planowo doprowadziliśmy jacht do docelowego punktu, który będzie startem dla arktycznych etapów. Dla mojej załogi, z wyjątkiem Pawła, Tromso oznacza koniec wyprawy. Owszem, zostało jeszcze do wykonania sporo pracy przed przyjazdem następnej ekipy – ale żeglarsko rejs się zakończył.

I znowu kończąc swoją relację składam podziękowanie mojej załodze: Pawłowi i Kamili. Krzyśkowi i Jackowi, Jarkowi i Jozsefowi oraz przede wszystkim mojej żonie. Dzięki za wspaniałe wspólnie spędzone dni w przepięknej krainie Lofotów.

Facebook
Tweet
Google